Lifestyle

Nie dajmy się zwariować

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr

W życiu piękne są tylko chwile… tymi słowami z piosenki Dżemu warto zaczynać każdy dzień. Nie raz pisałam, że trzeba cieszyć się właśnie z tych małych-wielkich momentów, bo to one w dużej mierze decydują o tym czy czujemy się szczęśliwi.

Pewnie wielu z was ma znajomych totalnie zakręconych na punkcie jakieś rzeczy, również takich którzy niedawno zaczęli swoją przygodę z aktywnością. Wiedzeni na początku chęcią zmiany, potem endorfinami, a następnie widocznymi efektami chcą więcej i więcej. Otaczają się innymi osobami zarażonymi sportową energią, ich wyniki są z każdym dniem coraz lepsze, a oni sami zaczynają się komunikować za pomocą dziwnych słów nie zrozumiałymi dla reszty społeczeństwa. Nie pójdziesz już z takim na lody, lub nie daj Boże na pizzę, w ogóle spotkanie na mieście odpada bo trening przepadnie… Zirytowani znajomi mówią coraz częściej: „Z nim nie da się już porozmawiać o niczym innym. Tylko te treningi, kalorie i kilometry… To inny człowiek”- dodają. I mają rację. Nowe pasje zmieniają nasze życie. W przypadku sportu jest to zdecydowanie zmiana na lepsze i zdrowsze, jednak często ciężko zachować zdrowy dystans i balans pomiędzy rosnącą pasją, a codziennym dotychczasowym życiem.


Ale wiecie co, powiem Wam z własnego doświadczenia, że naprawdę łatwo wpaść w taką pułapkę… bo przecież to świetnie, gdy masz z kim porozmawiać o swoich pasjach, wzajemnie się inspirować.  Jeśli sport to Twój sposób na życie to wygrałeś – pewnie wkoło otaczają się takie same sportowe freaki 🙂 Jednak w naszym środowisku są często osoby, które nie do końca  podzielają nasze hobby. Jak zatem znaleźć złoty środek? Ja osobiście staram się w życiu kierować zasadą „work-life-workout balance” i równoważyć pracę zawodową, życie prywatne i sportowe szaleństwo. Nie jest łatwo, czasem przypomina to trochę przeciąganie za krótkiej kołdry – ciągniesz w jedną stronę to zabierasz z drugiej. Wiem jednak, że rezygnacja z któregokolwiek z tych elementów sprawiłaby, że nie czułabym się do końca szczęśliwa. Być może nie wyglądam (i pewnie nigdy nie będę) jak trenerki fitness spędzające na sali kilka godzin dziennie. Być może moje wyniki i wygląd byłyby znacznie lepsze, gdybym spała po 9 godzin dziennie, wstawała wypoczęta i trzymała dietę bez absolutnie żadnych wyrzeczeń. Ale co z tego?


Uwierzcie, że czasem warto odpuścić trening, aby pobyć trochę dłużej z bliskimi. Warto wziąć dzień wolny tylko po to by spędzić kilka godzin na świeżym powietrzu. Warto odłożyć sesję na bloga by iść na kawę z koleżanką z pracy. Warto powiedzieć sobie take it slow. To są właśnie te małe chwile, które zasługują na to by je celebrować. By nie gonić wciąż za następną naglącą sprawą nerwowo odhaczając kolejne punkty z harmonogramu. Wierzę, że to jest właśnie recepta na bycie spełnionym człowiekiem.
[fot. Emilustracje]